czwartek, 15 maj 2008

Zagrzebany w sprawach związanych z oświatą często nie dostrzegam spraw bieżących (bo i nie śledzę - na to trzeba mieć niezłe nerwy).
Patrząc na to, co się wyrabia w oświacie, a zwłaszcza teraz pod skrzydłami UE, na to marnotrawstwo pieniędzy i ludzkiej aktywności w przeróżnych "projektach unijnych" rodzaju "Kapitał Ludzki" itp., nie dostrzegam, że tuż obok głupota przekracza kolejne granice.

Podczas meczu z Legią, na trybunach Jagiellonii Białystok pojawił się transparent: "Roger - Nigdy nie będziesz Polakiem". Cała sprawa skończyła się totalną nagonką na kibiców i na klub Jagiellonia.

A co klub ma do tego? Może klub ma się zajmować cenzurowaniem napisów na transparentach? A na jakiej to niby podstawie prawnej? Podobno polski związek od piłki kopanej ukarał klub Jagiellonia karą finansową! A niby to z jakiego tytułu? To klub sobie sam ten transparent wywiesił? Karanie klubów za czyny kibiców jest takim nowym, traktowanym jako normalny proceder, idiotyzmem. Cygan zawinił? Kowala powiesili. A cygana jeżeli się ukarze, to nie można przecież zapominać o celi z telewizorem, kinem domowym i z panienkami. Więc i cygan ma w d... takie kary i rozrabia przy każdej okazji.

Najlepsze z tego wszystkiego jest to, że zarzut brzmiał: rasizm!
Gdzie oni tu dostrzegli rasizm? W tym, że kibice napisali prawdę? Przecież ten gościu nie zna polskiego języka, historii, obyczajów itp. itd. Więc nie jest Polakiem, bo jak może utożsamiać się z naszym, niemal obcym mu krajem! A czy będzie? Pewnie nie. Pogra parę lat i wróci do słonecznej Brazylii. Teraz, korzystając z polskiego obywatelstwa pogra trochę w polskiej reprezentacji i tyle.

Mimo tych oczywistości nagonka nie zwalnia tempa, a "winni" się kajają! Zgroza!
Coś mi się wydaje, że niedługo brak napisu na koszulce "Kocham afro-polaków" i brak pejsów będzie podstawą do oskarżenia o rasizm. Czy ci, którzy w tej hucpie uczestniczą naprawdę nie mają za grosz sumienia i przyzwoitości?

środa, 14 maj 2008

Czytajmy między wierszami!

Według www.samorzad.pap.pl:

Wydziały oświaty szukają uczniów za granicą
Ze szkolnych ławek na Pomorzu zniknęło kilkuset uczniów - alarmuje "Dziennik Bałtycki". Dzieci wyjeżdżają za granicę z rodzicami a ich starsi koledzy jadą do pracy.
Wydziały oświaty pomorskich miast i gmin odnotowują przerażające straty wynikające z uczniowskich wyjazdów za granicę. Z pomorskich szkół zniknęło bez śladu nawet kilkuset uczniów. Nie wiadomo, gdzie są i czy się uczą.
Kuratorium przyznaje, że traci kontrolę nad tym zjawiskiem i dlatego teraz wzywa urzędników oświatowych do wzmożonych kontroli, a ci zamieniają się w prawdziwych śledczych.
Na wsi problem jest dużo łatwiejszy do rozwiązania. Nie trzeba angażować policji, bo wszyscy się znają i dużo o sobie wiedzą. O wiele gorzej jest w miastach, gdzie sąsiad o sąsiedzie nie wie prawie nic.
Jeżeli jednak uda się ustalić miejsce pobytu ucznia, to rodzica czeka grzywna do 5 tys. zł. W statystykach pojawia się też wtedy adnotacja o wyjeździe za granicę. Niestety, nadal nie wiadomo, czy się tam uczy, czy też może pracuje.
Dla mnie przerażające nie jest to, że kuratoria tracą jakąś-tam kontrolę, bo kuratoria żadnej kontroli nie powinny nad tym mieć.
Przerażające jest to, że w sposób otwarty i jawny totalitarne państwo przyznaje, że traktuje czyjeś dzieci jak swoją własność! Nawet nie stara się tego ukryć!
Przecież dzieci wyjeżdżają za granicę z rodzicami! To rodzice powinni decydować gdzie dziecko przebywa, gdzie się uczy, ile się uczy itd. itp.

"Wydziały oświaty pomorskich miast i gmin odnotowują przerażające straty". A kto jest tu niby przerażony? Urzędnik? Bo mu się statystyki w rubrykach nie zgadzają?
W poprzednim roku pisałem na tym blogu, że tzw. współczesne państwa demokratyczne traktują swoich "obywateli" jak niewolników. Nie myliłem się, a codzienność dostarcza coraz to nowych dowodów na potwierdzenie tej tezy.

Fragmenty komunikatu MEN w sprawie apelu polskich naukowców do Ministra Edukacji Narodowej o zmianę systemu oceniania matur z języka polskiego
Ministerstwo Edukacji Narodowej z dużym zainteresowaniem obserwuje publiczną debatę wokół spraw polskiej edukacji, która dociera do szerokich kręgów odbiorców za pomocą mediów. Debata ta dobrze wpisuje się w cykl działań ministerstwa, zmierzających do podniesienia jakości kształcenia w polskich szkołach.(...)
Jest jasne, że krytykowany obecnie system oceniania prac pisemnych z języka polskiego wymaga doskonalenia.
MEN wraz z Centralną Komisją Egzaminacyjną, wsłuchując się w głosy uczonych, nauczycieli i publicystów, którym leży na sercu dobro polskiej edukacji, pracuje nad nowym i przystającym do współczesności sposób oceniania wiedzy i umiejętności maturzystów.
Czyli tak: minister za ministrem, tysiące urzędników, pracowników ministerstwa, jakichś CKE i OKE, jakichś ODN i innych pseudo-oświatowych, marnotrawnych instytucji od lat reformuje oświatę i do tej pory nie dopracowało się sensownego systemu oceniania?
Jednocześnie ta banda urzędasów ma (na życzenie państwa) wyłączność na kształcenie! Łaskawie zezwala wydać podręcznik, otworzyć niepaństwową szkołę, narzuca - co ma szkoła uczyć, jak ma uczyć i jak oceniać! Czy wobec tego należy się dziwić, że dzieci i ich rodzice mają w głębokim poważaniu taką oświatę i pryskają za granicę? Ja się nie dziwię.

czwartek, 8 maj 2008

Zgadzam się!

Minister Sikorski wydał werdykt: wejście do UE to dla Polski skok cywilizacyjny. Zgadzam się! I kończę najwyraźniej niedokończoną myśl: skok w dół. Jakoś ostatnio na zasadzie skojarzeń obrazowych, UE kojarzy mi się z widokiem tysięcy podpalanych w krainie żabojadów aut. Jeżeli tak ma wyglądać postęp cywilizacyjny, to ja dziękuję. O problemach obyczajowych związanych z wstępowaniem do UE - nie wspomnę.

Druga sprawa to zupełnie "niezauważony" przez dziennikarzy śledczych incydent (na kolegów się nie donosi?). Otóż padły jakieś pomysły na zniesienie podatku zwanego abonamentem RTV. Zaprotestowali szefowie Polsatu i TVN!
I co? Nic! Cisza? Kochani dziennikarze! Podejmujcie śledztwo. Jeżeli konkurencja protestuje przeciwko osłabianiu konkurenta, to znaczy, że sprawa śmierdzi spiskiem na kilometr!
Jak nic mamy w Polsce medialną triadę! No proszę - nas też stać na mafię! A co!

czwartek, 1 maj 2008

Awantury o test gimnazjalny ciąg dalszy

Poloniści przeszli do kontrataku. Stowarzyszenie Nauczycieli Polonistów ogłosiło swoje stanowisko w sprawie. Parę cytatów:

  1. Egzamin gimnazjalny ma za cel główny dostarczenie informacji o silnych i słabych stronach polskiej oświaty.
  2. CKE w teście egzaminacyjnym wymieniło konkretną lekturę, o co poloniści upominali się od dawna i próbuje się z właściwej decyzji CKE zrobić aferę, łącznie z powtarzaniem egzaminu.
  3. Zbyt ogólne zadania we wcześniejszych testach doprowadziły do nieczytania lektur, do degradacji języka. Fakt ,,przeoczenia” dwóch ważnych lektur przez grupę nauczycieli jest tego dowodem.
  4. Nauczyciele w wielu przypadkach uczą pod egzamin. W szkołach jest nadmierna liczba sprawdzianów, kartkówek, testów. Brak czasu na uczenie czytania, pisania, kultury, na kształcenie języka. Tegoroczny precedens powinien skłonić do refleksji nad polską oświatą, której stan jest katastrofalny.
Egzamin gimnazjalny ma za cel główny dostarczenie informacji o silnych i słabych stronach polskiej oświaty.
W informatorze o egzaminie gimnazjalnym wydanym przez CKE czytamy: "...Pozwoli on ocenić poziom umiejętności i wiadomości uczniów....Wynik egzaminu pomoże absolwentom gimnazjów w wyborze szkoły odpowiadającej ich umiejętnościom i ambicjom...".
Jak widać egzamin ten ma służyć uczniom (a przy okazji także szkołom ponadgimnazjalnym) w procesie rekrutacji do tych szkół. To nie jest diagnozowanie stanu oświaty! Dajemy trudniejsze zadania - procenty spadną; gdy damy łatwiejsze - pójdą do góry. Jak więc diagnozować coś tak bardzo ogólnego jak stan oświaty? Można w ten sposób zdiagnozować tylko i wyłącznie opanowanie przez uczniów pewnego wycinka wiedzy, czy umiejętności.
Diagnozować stan oświaty można z wielkim przybliżeniem patrząc krytycznie na przygotowywane przez CKE tematy zadań. Jeżeli na egzaminie gimnazjalnym (a nawet maturalnym!) jest tak duża ilość zadań sprawdzających umiejętność czytania ze zrozumieniem, to z pewnością źle to świadczy o stanie oświaty. Bez powodów takich zadań CKE nie zadaje!


CKE w teście egzaminacyjnym wymieniło konkretną lekturę, o co poloniści upominali się od dawna i próbuje się z właściwej decyzji CKE zrobić aferę, łącznie z powtarzaniem egzaminu.
O tym, że egzamin z języka polskiego nie powinien być egzaminem z literatury już pisałem. Takie jest moje zdanie, gdyż znajomość konkretnej pozycji nie świadczy o poziomie zdającego. Egzamin z języka - to egzamin z umiejętności, a nie wiedzy encyklopedycznej. Skoro poloniści mają inne zdanie, to niech się zastanowią, czy mają rację - cała ta awantura powinna im dać do myślenia.

Zbyt ogólne zadania we wcześniejszych testach doprowadziły do nieczytania lektur, do degradacji języka. Fakt ,,przeoczenia” dwóch ważnych lektur przez grupę nauczycieli jest tego dowodem.
Chwila! Egzamin gimnazjalny CKE powinna "ustawiać" pod czytanie lektur, bo nauczyciele języka polskiego tego nie egzekwują? No tak! Jeżeli uczniowi daje się do ręki tylko "prawa", a zdejmuje obowiązki, to nie ma co się dziwić. Gdy ja chodziłem do szkoły, to mogłem na jednej lekcji dostać kilka ocen niedostatecznych: za brak domowego wypracowania, za to, że nie przeczytałem lektury, za odpowiedź itp. Jeżeli nauczycielowi odbiera się możliwość stosowania "aparatu przymusu" przez liczne tzw. prawa ucznia, jeżeli nauczyciel musi się tłumaczyć z każdej wystawionej oceny niedostatecznej i ją uzasadniać, jeżeli w systemie oświaty działa odgórny nacisk, by nie było niepromowanych itd., to nie dziwmy się, że uczniowie nie czytają lektur! Stowarzyszenie o tym nie wie? Degradacja języka jest faktem: po wyjściu z gimnazjów wielu uczniów to wtórni analfabeci. Przepraszam, że to piszę (nauczyciele gimnazjów pewnie się obrażą), ale zwykłem pisać prawdę.

Nauczyciele w wielu przypadkach uczą pod egzamin. W szkołach jest nadmierna liczba sprawdzianów, kartkówek, testów. Brak czasu na uczenie czytania, pisania, kultury, na kształcenie języka. Tegoroczny precedens powinien skłonić do refleksji nad polską oświatą, której stan jest katastrofalny.
Z ostatnim zdaniem zgadzam się na 100%. Od dawna to głoszę, ale jakoś nikt mi dotąd nie wierzył. Teraz wiem, że także Stowarzyszenie Nauczycieli Polonistów podziela mój pogląd.

sobota, 26 kwiecień 2008

Uczniowie stracili szanse na dobre liceum?

Według gazety wyborczej:

Mamy awanturę o test gimnazjalny. Tysiące uczniów traci szanse na dobre liceum. Rodzice żądają unieważnienia całego egzaminu. Co robi MEN? Szuka winnych wśród nauczycieli.
O co tu właściwie chodzi?
Otóż zadanie nr 32 brzmiało: - Napisz charakterystykę wybranego bohatera "Syzyfowych prac" Stefana Żeromskiego i "Kamieni na szaniec" Aleksandra Kamińskiego.
Tymczasem wielu polonistów Kamińskiego przerabia we fragmentach, a Żeromskiego wcale.
Żadne przepisy nie określają, kiedy którą lekturę trzeba omówić.

Ruszyło nawet szefową: "minister edukacji Katarzyna Hall kazała kuratoriom sprawdzić, w ilu szkołach i którzy nauczyciele nie przerobili lektur przed egzaminem".

Marek Legutko, dyrektor Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, która egzamin układa, wezwał kuratorów do rozliczenia nauczycieli. W szkołach w Gdyni już w piątek wizytatorzy kserowali dzienniki lekcyjne. Na polonistów padł blady strach.

Cała ta awantura jest prostu śmieszna. Jak można napisać taką bzdurę: "tysiące uczniów traci szanse na dobre liceum". Przecież ilość osób, które trafiają do tych "dobrych liceum" jest stała i zależy tylko od ilości przyjmowanych przez nie uczniów. Jeżeli dwa tysiące się nie dostanie, to inne dwa tysiące wręcz przeciwnie!

Od lat nie mogę się nadziwić, dlaczego egzaminy z języka polskiego tworzone są w taki dziwaczny sposób. Omów bohaterów takiej a takiej książki itp. Przy takim sformułowaniu tematów egzaminy te nie są egzaminami z języka polskiego tylko z literatury! Wygrywa i lepiej zdaje ten, kto wiedziony przeczuciem lub "przeciekami" odświeży sobie tuż przed egzaminem konkretne pozycje z polskiej literatury. Co więc jest na tym egzaminie tak naprawdę sprawdzane: znajomość języka? Mam co do tego spore wątpliwości. Czy tak powinien wyglądać egzamin z języka polskiego? Nie jestem jednak fachowcem, więc nie będę polemizował z polonistami i ograniczę się do skromnego: ośmielam się wątpić. Niech sobie radzą sami - w końcu to ich pasztet.

środa, 16 kwiecień 2008

Komuś tu się pop...

MEN z okazji swoich najnowszych refom, wydał prezentację PowerPoint.
I cóż w niej mamy:
Omówmy spostrzeżenia, które wysuwa MEN:

  • Chaos - bo istnieje od dawna obowiązek wysyłania dzieci do zerówek. To może by ten obowiązek zlikwidować?
  • Opłaty - rodzice płacą za zerówkę w przedszkolu. A za zerówkę w szkole nie płacą? Krasnoludki tę szkołę utrzymują? Nazywajmy rzeczy po imieniu: rodzice, którzy płacą za przedszkole, płacą dwa razy - za szkołę, z której usług chwilowo nie korzystają (w podatkach) i za zerówkę dla swojego dziecka.
  • Brak bezpieczeństwa w szkole. Pytam: to po kiego grzyba było zmuszać rodziców do wysyłania dzieci do niebezpiecznej szkoły! Czy to nie jest czasem "sprowadzenie zagrożenia dla czyjegoś zdrowia i życia"? Czy z decydentami, którzy to wprowadzili nie powinien porozmawiać prokurator?
  • Strata czasu. Jeszcze jeden argument na to, że pomysł zerówki był i jest nonsensowny. Będę się upierał przy tym prokuratorze.
Teraz MEN ten cały bałagan zreformuje i popatrzmy, jaka nas czeka świetlana przyszłość:


  • A jednak krasnoludki istnieją. Ktoś już kiedyś mówił o bezpłatnej edukacji, nie pamiętam...Marks czy Lenin?
  • Równe szanse. A gdyby te dzieci siedziały sobie spokojnie w domu, to nie miałyby równych szans? MEN jest chyba na te "równe szanse" uczulone.
  • Bezpieczeństwo - jak się wprowadzi standardy, to od razu się bezpieczeństwo poprawi. A jak się te standardy zestandaryzuje do standardów europejskich, to wręcz będzie wyśmienicie!
  • Dostosowana do wieku edukacja - to wcześniej nie była? Teraz to już wręcz żądam prokuratora!
  • Ład i porządek - każdy wie i niech no któryś spróbuje dziecka nie posłać. Czuję tu jakieś obce akcenty: Ordnung mus sein!
I tak dalej sobie MEN snuje wizje, a ja tak sobie marzę, by tego MEN po prostu nie było.
Ludzie bez obowiązku szkolnego, MEN i innych niepotrzebnych urzędów poradzą sobie śpiewająco.
A małe dzieci będą przebywać z matką i ojcem - tak, jak powinny.

poniedziałek, 14 kwiecień 2008

Kwadratowy okrąglak

Nasza bohaterska szefowa ministerstwa od oświaty walczy z całych sił o jakość polskiej oświaty.
Plany ma szerokie - jej reformy to mała rewolucja. Na dobre te zmiany szkole pewnie nie wyjdą, bo jeżeli rezygnuje się z kształcenia ogólnego (a piszę to ja - nauczyciel matematyki!) pod pretekstem realizowania uczniowskich zainteresowań, to szkoły będą opuszczać zastępy niedouczonych młodych ludzi, których umysły będą "wąsko-horyzontalne".

Pani minister w przypływie dobrych chęci albo czegoś tam, jakoś dziwnie nie jest świadoma jednej podstawowej rzeczy: uczeń szkoły ponadgimnazjalnej w 95% nie ma jeszcze sprecyzowanych planów życiowych, wynikających z konkretnych zainteresowań.
Dlatego też przez lata nasi przodkowie - będąc tego świadomi - preferowali kształcenie ogólne (a dla słabszych od razu zawodowe - po co ich męczyć, skoro i tak się nie nauczą...). Wyboru dokonywał człowiek już w pełni dojrzały decydując się na takie czy inne studia.

Teraz planuje się, że 15-16-letni uczeń zacznie się "specjalizować". Będzie wesoło. Mamy to jak w banku.

"Chcemy, aby polska szkoła była przyjaźnie wymagająca" - tak głosi MEN.
Jest to sprzeczność sama w sobie - z całą pewnością ten plan nie zostanie zrealizowany.
Ktoś tu zapomniał, że jeżeli nauczyciel ma być wymagający, to nie może być mowy o przyjaźni i "kumplowskich" relacjach z uczniami. To hasło przypomina mi scenkę rodzajową na szkolnym boisku, gdy uczeń do ucznia mówi z przyjacielskim uśmiechem: "no jak: kopnąć cię w d...?".

czwartek, 10 kwiecień 2008

Tak działa państwo opiekuńcze

"Super Express" donosi:

Zamiast pomóc ubogim zmarnowali 12 milionów złotych
Skandal! Ośrodki pomocy społecznej z warmińsko-mazurskiego - najbiedniejszego województwa w Polsce - nie wykorzystały na pomoc dla ubogich gigantycznych pieniędzy.
Tak, to prawda. Gminne i miejskie ośrodki pomocy społecznej z naszego województwa oddały 11 milionów 793 tysiące i 703 złote - przyznaje Edyta Wrotek, rzecznik wojewody warmińsko-mazurskiego Mariana Podziewskiego. Te pieniądze nie zostały wykorzystane na zasiłki rodzinne. Na dożywianie dla dzieci i na usługi opiekuńczo-wychowawcze. Nie powinno tak być - dodaje urzędniczka.
Czyli tak: przysłali pieniądze? To je trzeba wydać!
  • Nikt nie zastanawia się nad celowością tego rozdawnictwa.
  • Nikt nie zastanawia się nad tym, że część tych pieniędzy została uprzednio zabrana w podatkach beneficjentom państwowej "pomocy" i cała ta kołomyja z "udzielaniem pomocy" jest zupełnie zbędna - przecież wystarczyło im tych pieniędzy nie zabierać!
  • Dziennikarz "Super Express"-u nie zastanawia się, że nie wypłacono zasiłków rodzinnych, bo zgodnie z przyjętymi przez opiekuńcze państwo kryteriami - nie należały się! Przecież nie można powiedzieć, iż nie wypłacono tych zasiłków, bo jakiś urzędnik kogoś nie lubi!
  • Dziennikarz "Super Express"-u nie wyjaśnia, co właściwie znaczy tajemniczy termin "usługi opiekuńczo-wychowawcze" i dlaczego pomoc społeczna na coś takiego wydaje pieniądze? Ja rozumiem: jeżeli ktoś nie ma co jeść, to się mu pomaga - ale dzieci bawić niech sobie sam bawi! Czyżby takie usługi przysługiwały "biednym" rodzinom, które mają dochód 424 złotych na głowę, a nie przysługiwały "normalnym" rodzinom, których dochód na głowę przekracza jakieś tam urzędnicze limity i wynosi 426 złotych na głowę? Tak wygląda praktyczna realizacja absurdalnych zapisów o tzw. "sprawiedliwości społecznej" naszej Konstytucji?
Zaiste: państwo, w którym żyjemy nie jest normalnym państwem.

poniedziałek, 7 kwiecień 2008

Interpretacja wyników sondaży

CBOS zrobiło badanie tzw. "opinii publicznej" na temat podatków.
Po co? Nie wiem. Tzw. "opinia publiczna" tak się zna na podatkach i ich wpływie na gospodarkę, jak ja - na jadłospisie plemion Bantu. Sądząc po stanie naszej gospodarki, to samo można powiedzieć o rządzącej klasie politycznej. Komentujący całą sprawę też nie dają o sobie dobrego świadectwa. Cytuję za podatki.onet.pl:

Większość Polaków (82 proc.) opowiada się za reformą podatków - wynika z opublikowanych dziś badań CBOS. Dwie trzecie badanych (65 proc.) chce, by osoby bogatsze płaciły podatki wyższe niż dotychczas.
Rząd planuje obniżkę podatku PIT w 2009 roku. Zamiast trzech stawek - 19, 30 i 40 proc. wprowadzone mają być dwie - 18 i 32 proc. W przyszłości rząd chce też wprowadzić podatek liniowy (jedna stawka) z kwotą wolną i ulgą na dzieci.
Tymczasem 65 proc. Polaków uważa, że reforma powinna polegać na większym zróżnicowaniu obciążeń podatkowych, tak aby biedniejsi płacili mniej, a bogatsi więcej niż dotychczas. Tylko jedna trzecia ankietowanych (33 proc.) opowiada się za zmniejszeniem obciążeń dla wszystkich podatników. 2 proc. nie ma wyrobionego zdania.
Policzmy choć troszkę. Załóżmy, że bogaty Jan Bogacki zarabia 100 razy więcej, niż biedny Kazimierz Biedaczek. Załóżmy, że płacimy podatek liniowy, w którym nie ma żadnych ulg i zwolnień. Pytanie: kto zapłaci więcej podatku i ile razy? Oczywiście więcej zapłaci Jan Bogacki. Dokładnie: 100 razy więcej! I w tej sytuacji wychowana na komunistycznych sloganach, ankietowana publika domaga się jeszcze większego zróżnicowania obciążeń podatkowych - mimo tego, że jak na razie mamy progresję podatkową, w której Jan Bogacki może zapłacić nawet dwa razy więcej! A na dodatek: jeżeli już wydrenujemy kieszenie Bogackiego, to kto temu Biedaczkowi urządzi stanowisko pracy i da mu zarobić? Państwo? Wolne żarty.
A ja się pytam: Po co ten cały OBOP robi takie idiotyczne badania? Rozwiązać go w czorty, bo widać ma za dużo kasy do zmarnowania!

sobota, 5 kwiecień 2008

Nie to ważne, co ważne, tylko to - o czym ktoś napisze?

Cytuję za onet.pl:

Nauczyciele znowu używają przemocy w szkołach

"Polska": Coraz więcej uczniów spotyka się w szkołach z przemocą nauczycieli. Taki wniosek wynika z badań SMG/KRC, przeprowadzonych na zlecenie dziennika.
Dziennik "Polska" pisze, że w ostatnim semestrze ofiarami przemocy pedagogów padła ponad połowa chłopców w wieku 14-u i 18-u lat, oraz blisko 40 procent 19-letnich dziewczyn.
Dziennik "Polska" pisze, że nauczyciele coraz częściej obrażają uczniów, wyrzucają ich z klas i stosują wobec nich przemoc. Równocześnie w szkołach zmniejsza się liczba bójek i innych zachowań agresywnych pomiędzy uczniami. Zdaniem psychologów, cytowanych przez dziennik, nauczyciele coraz częściej odreagowują swoje frustracje na uczniach, a ponadto - mają silniejsze poczucie swoich praw niż kilka lat temu.
Badanie SMG/KRC przeprowadzono na grupie 22 tysięcy uczniów z prawie 300 szkół.
Nie mam najmniejszego zamiaru bronić polskiej, państwowej szkoły. Nie jest to dobra szkoła. Uczyć - nie uczy jak powinna. Jej główną wadą, której politycy jakoś nie mają zamiaru usunąć, jest jej przymusowość. Tzw. "obowiązek szkolny" jest źródłem wszystkich problemów. Tak jak jest - być nie powinno: jeżeli ktoś nie chce się uczyć, to niech się nie uczy - po kiego diabła się go zmusza, by do osiemnastego roku życia nudził się w jakiejś szkole?
Niech się nauczy zawodu, niech sobie pracuje. Trzeba skończyć z paranoicznym chronieniem tzw. niepełnoletnich przed pracą! Chcącemu nie dzieje się krzywda! Chce - niech zarabia, a państwu nic do tego.

Tymczasem szkoła jest przymusowa. Po tej przymusowej szkole włóczą się tabuny znudzonych, zmanierowanych kolesiów, którzy zaglądają do niej od czasu do czasu (bo muszą), ale uczyć się nie zamierzają. Reformy szkolne poszły w tym kierunku, by tacy kolesie przez szkołę podstawową i gimnazjum przeszli, nawet gdy nie umieją niemal nic. Dlaczego nauczyciele ich przepuszczają z klasy do klasy? Dla świętego spokoju! Zmusić ich do nauki nie mogą, bo odebrano im wszelkie, rzeczywiście skuteczne uprawnienia " do "przyduszania" opornych i na dodatek wyposażono brać uczniowską w całą masę "praw": do niepytania, do nierobienia sprawdzianów i innych.

Cały ten rozkładający szkolnictwo na łopatki proces wspomaga usłużna, kompletnie niezorientowana w sprawie, ale ideologicznie zorientowana na "luzactwo w szkole", prasa, radio i telewizja. Wspomniany na wstępie artykuł jest doskonałym tego przykładem. Po kolei:
  • Sam tytuł artykułu już jest czystą manipulacją: "Nauczyciele znowu używają przemocy w szkołach". No pewnie - nauczyciele zawsze chodzili do szkoły po to, by uczniów bić, kopać i na nich krzyczeć. Jakże by inaczej! Potem myśmy dzielnie im tego zabronili, a oni, psubraty - znowu to robią! Zgroza!
  • Tytułowy wniosek wyciągnięto na podstawie ankiety przeprowadzonej wśród uczniów! To jest najlepsze! Uczniowie mają wyrokować w sprawie, która ich bezpośrednio dotyczy! A nauczycieli ktoś pytał o zdanie? Przeprowadził ktoś badanie ilu z nich doświadczyło przemocy ze strony uczniów? Może i przeprowadzono, ale wyniki takiego badania przeczyły tezie, że to nauczyciele są źli? Wobec tego ja napiszę, czego należałoby się spodziewać: w najbliższej mi okolicy na pewno ponad 80% procent nauczycieli doświadczyło agresji ze strony uczniów! Szacuję na oko (oczy i uszy mam), a żyję w jednej z najspokojniejszych części tego kraju!
  • Cytuję: "nauczyciele coraz częściej obrażają uczniów, wyrzucają ich z klas i stosują wobec nich przemoc". Czy ci ludzie wiedzą co piszą? Przez 20 lat pracy w szkole spotkałem się z 2 (dwoma!) przypadkami użycia przemocy fizycznej wobec uczniów. W obydwu przypadkach nauczyciele stracili pracę! A tu piszą o tym, jak o zjawisku masowym! Czy ten, kto to pisze nie zapomniał, że głowa służy do myślenia?
Niech więc ten dziennik "Polska" nie publikuje sensacyjnych artykułów, które podają fakty nie mające nic wspólnego z rzeczywistością. Są inne formy reklamy.